BO PODRÓŻOWANIE TO JEST FAJNA RZECZ.

Tym razem będzie o moich własnych doświadczeniach i wewnętrznych zmianach, jakie zaszły we mnie podczas dalekich i bliskich podróży. Nie chcę pisać kolejnego artykułu z wypunktowaniem, co Ci da podróżowanie, ponieważ takich artykułów w Internecie są setki. Tym razem będzie opowieść z krwi i kości. Doskonale wiem, że nie wszystko jest dla wszystkich. Znam wiele osób, które nie trzęsą się z ekscytacji na słowo podróż i najlepiej czują się w zaciszu własnego domu i jest to bardzo ok. Ja lubię moje domowe zacisze, ale przychodzi taki moment, że potrzebuję powietrza i muszę wyfrunąć.

Od zawsze byłam dzieckiem czy nastolatką z nadmiarem energii, zawsze było mnie wszędzie pełno, niczego się nie bałam i w każdą dziurę musiałam wejść, aby upewnić się, że na pewno nic nie tracę. Oczywiście wtedy było to totalnie nieświadome, pełne dobrej zabawy zachowanie. Niezmiernie cieszyłam się na wycieczki szkolne, kolonie czy wyjazdy do babci. Może było w tym więcej radości z powodu tego, że nie będę musiała iść do szkoły, niż z samego faktu, że poznam nowe miejsce.

Myślę, że dopiero od około 17 roku życia (kiedy mama zgodziła się na moje jednodniowe, samotne wyjazdy) zauważyłam, że jest to coś, co sprawia, że źrenice mi się rozszerzają, krew uderza do głowy i ręce pocą się z podekscytowania. Wtedy też chyba zaczęłam powtarzać sobie moje ulubione powiedzenie: Przygoda, przygoda każdej chwili szkoda! i kiedy tylko miałam okazję wybywałam z domu. Wiem, że moja mama się o mnie martwiła, ale to było silniejsze ode mnie.

To wcale nie musiały być nie wiadomo jakie rzeczy z faktorem wow.  Doskonale sprawdzały się wyjazdy do pobliskich ruin zamków, branie udziału w zjazdach bractw rycerskich, zdobywanie niedalekich gór, spacery w parkach narodowych czy przejażdżki rowerem po najbliższej okolicy.

Zauważyłam wtedy, że długie marsze sprawiały, że zapadałam w pewien rodzaj medytacji, świat znikał, ja szłam, a mój umysł się oczyszczał. Do tej pory praktykuje ten rodzaj medytacji. Natura, świeże powietrze i jednostajny ruch ciała. Tutaj całym sercem podpisuję się pod słowami Martyny Wojciechowskiej:

“Podróże mają magiczną moc uzdrawiania duszy i zdecydowanie pomagają zdystansować się do problemów dnia codziennego. Nie rozwiązują ich bezpośrednio, jednak pomagają przewartościować i spojrzeć na nie jakby z drugiego brzegu rzeki.”

Często podróżowałam sama. Moi znajomi nie wykazywali chęci zwiedzania okolic Dolnego Śląska, pewnie byłam brana trochę za zwariowaną nastolatkę, która nie może na tyłku usiedzieć. Z tego powodu wiele razy słyszałam: a ty to się sama tak nie boisz? Nie, nie boję się. Moja intuicja i zmysł obserwacji wyostrzyły się na tyle, że unikam niebezpiecznych sytuacji. A poza tym, gdybym czekała aż w końcu znajdzie się ktoś, kto chciałby ze mną pojechać tu czy tam, to połowy rzeczy bym nie zobaczyła. Często słyszę od ludzi, że pojechaliby, zrobiliby, ale nie sami… Smutne to dla mnie.

Kiedyś myślałam o sobie, że ja to taki twardziel jestem i nic mnie nie rusza, ale płaczę praktycznie na każdym wyjeździe w góry. Płaczę, gdy zobaczę piękny widok, płaczę, gdy przebiegnę kolejny maraton, pół lub ultra, kiedy zobaczę jakiś obraz czy miejsce, który do tej pory mogłam oglądać tylko w TV. Nie jestem w stanie tego kontrolować. Chwila moment, łzy same płyną, serce się ściska, a dusza śpiewa. Miękkie serce a nie twardzielka!

Zdecydowanie zmieniło się moje podejście do innych narodowości. Wpojone w dzieciństwie stereotypy o innych nacjach w żaden sposób nie pokrywały się z rzeczywistością. Dzięki podróżom do innych krajów czy możliwości mieszkania w Oxfordzie zrozumiałam, że wszyscy jesteśmy tacy sami i wszyscy chcemy przeżyć to nasze, krótkie życie najlepiej, jak potrafimy. Nabrałam szacunku i dystansu zarówno do siebie, jak i do innych kultur.

Po wejściu na kilka naprawdę wysokich gór uświadomiłam sobie, że pomimo że mała, to ja jednak jestem silna! Zdarzało się, że zza plecaka wystawały mi tylko nogi! Pokonałam kilka naprawdę poważnych tras przez pot, kurz i łzy, stanęłam na 7000 metrów, nie myłam się przez 2 tygodnie, przeszłam 200 km w najcięższym górskim terenie w 10 dni, przebiegłam górskie biegi czasem dłuższe niż 60 km… Zanim doświadczyłam czegokolwiek z tych rzeczy, wszystko jawiło mi się jako coś niewyobrażalnie trudnego. Dziś wiem, że spokojnie mogłabym więcej. Co mnie nie zabije to mnie wzmocni – na bank!

Zabukowałam hostel o noc za późno, chodziłam po górach do 4 nad ranem, bo się zgubiłam w lesie, spóźniliśmy się z mężem na samolot w Peru, utknęliśmy w małej wiosce gdzieś w Andach z powodu powodzi bez dostępu do świata, wpadł na mnie muł pędzący z góry w Ameryce Południowej i wybił mi 2 palce, trójka Polaków zamarzła na ścianie w noc poprzedzającą nasz atak szczytowy na Aconcaguę. Można się załamać, płakać, narzekać. Ale co to da? Totalnie nic. Dlatego nie narzekam (ok, czasami zdarza mi się w samochodzie). Nic to nie zmieni poza tym, że będę jeszcze bardziej zła na siebie, na innych, na cały świat. A po co psuć sobie nastrój?

Idealny cytat:

“Podróżowanie jest brutalne. Zmusza cię do ufania obcym i porzucenia wszelkiego, co znane i komfortowe. Jesteś cały czas wybity z równowagi. Nic nie należy do ciebie poza najważniejszym – powietrzem, snem, marzeniami, morzem i niebem.” – Cesare Pavese

I co jeszcze? Moja wiara w samą siebie, moja samoocena rosną wraz z ilością zdobytego doświadczenia. Nie byłabym taka sama, gdybym nie przeżyła namiotowych niewygód, radosnych wejść na szczyty, trudnych biegów, ciężkich plecaków. Nie poznałabym też mnóstwa osób, które pomogły mi stać się właśnie taka, jaką dziś jestem. Silną, niezależną i wierzącą we własne możliwości osobą.

Co było na minus? Zawsze marzyłam o bezterminowym podróżowaniu dookoła świata. Po intensywnym miesiącu poza domem w bardzo trudnych warunkach wiem, że to może wcale nie być dla mnie. Kocham mój dom i lubię do niego wracać. Aż do momentu, kiedy poczuję to dobrze mi znane uczucie ciasnoty…


SABINA WIECZOREK

Pielęgniarka w pełnym wymiarze godzin totalnie zakochana w Alpach i języku francuskim. Niesamowicie ciekawa świata. Uwielbia przekraczać swoje strefy komfortu, dlatego zdobywa szczyty na całym świecie, jeździ rowerem, biega maratony i ultra, pokonuje najtrudniejszy górski szlak GR20 na Korsyce w 10 dni… A w tym wszystkim znajduje czas na motywowanie innych do aktywności ruchowej, remont domu i dbanie o swoje wewnętrzne ja.

Sabinę znajdziesz na stronach:

www.facebook.com/wieczorek.team

www.wieczorek-team.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *