JAK BIEGANIE POMOGŁO MI ZWYCIĘŻAĆ W CODZIENNYM ŻYCIU

Prawie 8 lat temu rozpoczęła się moja przygoda z bieganiem. Początkowo było to związane z oszczędzaniem, gdyż jest to dość tani sport i dostępny 24 godziny na dobę. Jedyne, co jest potrzebne, to buty, jakieś wdzianko i dobre chęci. I tak biegałam sobie po okolicznych lasach i polach przez jakieś 2 lata, aż przyszedł mi do głowy pomysł przebiegnięcie półmaratonu [1] (kwiecień), maratonu (czerwiec) i ultramaratonu (październik) w jednym roku. Tak wiem, szaleństwo! Do tego wszystkie biegi oczywiście musiały być zorganizowane, aby ciśnienie było jeszcze większe. We wszystkich tych działaniach towarzyszył mi mój mąż, ale będę pisać jako ja, bo to, jak bieganie wpłynęło na moje życie, dotyczy tylko mnie.


Po przeczytaniu tysięcy stron, poświęconych tematyce, jak przygotować do biegów długodystansowych, ułożyłam plan. Kupiłam kalendarz ścienny, dedykowany tylko i wyłącznie temu celowi. Wypisałam wszelkie typy treningów biegowych, siłowe oraz dni na odpoczynek. I wszystko wyglądało cudownie…na papierze! Tylko trenować! I tutaj pytanie: dlaczego biegam? Bo lubię, bo jest to sport, dzięki któremu wychodzę z domu i spędzam czas w zielonym, bo w tym czasie nie mogę się zajmować niczym innym, tylko bieganiem i wszelkim problemom mogę pokazać język.

Ale niestety, poza tym całym cudem biegania, codzienne życie toczy się własnym rytmem. W tamtym okresie pracowałam w pełnym wymiarze godzin jako pielęgniarka na oddziale urazowym, w systemie zmianowym robiąc poranki, popołudnia i co 5 tygodni 7 nocnych dyżurów. Często wracałam do domu totalnie wykończona. Do tego dochodził dom, sprzątanie, gotowanie i cała masa innych rzeczy. Wtedy też powoli zaczynałam moją przygodę z językiem francuskim.

W każdym tygodniu poświęcałam na sport 5 do 6 dni (jeśli pozwalała mi na to praca), raz w tygodniu robiłam długie wybiegania, które wraz z upływem czasu stawały się coraz dłuższe i zdarzało się, że biegałam nawet 4 godziny. Po takim treningu potrzebowałam równie długiego odpoczynku.

Wtedy zaczęłam czuć, że do mojego życia wkrada się frustracja związana z brakiem harmonii, nieumiejętnym planowaniem działań oraz totalnym bałaganem w moich planach dalekosiężnych (a raczej ich brakiem). Pojawiały się płacze, jęki i nerwy. Wiedziałam, że nie odpuszczę sportu, ale też musiałam jakoś ogarnąć pozostałe aspekty mojego życia. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam takiej sytuacji, że jedna rzecz stoi na piedestale, a reszta działań musi się do niej dostosować.

Z reguły działałam pod wpływem chwili i nie planowałam dni, a tym bardziej tygodni. Tym razem musiałam zrobić coś, aby nie odpuścić mojego wielkiego planu biegowego. Oczywiście moja natura buntowała się przed rutyną, nudą i koniecznością działania według planu. Wiem, biegałam według rozpiski, ale to była przyjemność, a reszta czynności niestety już nie.

Zaczęłam od tego, że kupiłam sobie kalendarz. A potem wdrożyłam planowanie posiłków na cały tydzień [2]. Tutaj koniecznością było uwzględnienie odpowiedniej ilości białka, wit C, magnezu i potasu w diecie, czyli tych substancji, które mocno wytracają się w czasie intensywnych ćwiczeń. Starałam się wybierać dania, które mogłam zamrozić i mieć je gotowe w razie nagłej potrzeby. Zaczęłam robić całotygodniowe zakupy tylko raz w tygodniu, bez dodatkowych wypadów do sklepu. Dzięki temu nie traciłam czasu na rozmyślania o tym, co mogę ugotować, potem okazywało się, że nie mam potrzebnych produktów i musiałam pędzić do sklepu i koło się zamykało.

Dodatkową rzeczą, którą zmieniłam, było zaplanowanie dwóch dni w tygodniu na pisanie artykułów do naszej strony o UK. Nieważne, które to były dni, w rozliczeniu tygodniowym to musiało być zrobione.

Potem postanowiłam wyrobić w sobie codziennej nauki francuskiego. Przed challengem uczyłam się wtedy, kiedy nachodziła mnie ochota i mogłam spokojnie zasiąść na godzinę lub dwie. Tym razem konieczne było inne podejście do tematu. Postanowiłam uczyć się krócej, ale bardziej systematycznie. Postanowiłam sobie, że „choćby skały srały”, to codziennie poświęcę pół godziny na naukę.

Nie było łatwo, ale cudem weszło mi to w krew [3]. Trochę to wszystko trwało, były wzloty i upadki, poświęcenie, aż w końcu stał się cud! Mój kalendarz zapełniał się odhaczonymi zadaniami, przebiegniętymi kilometrami i świętym spokojem w mojej głowie. Warto było pokusić się o szaleństwo biegania, bo dzięki temu nauczyłam się czegoś nowego o sobie – że jeśli mi zależy, to potrafię zrobić naprawdę wiele, aby dojść do celu.


[1] Jeśli ktoś ma chęć zmierzyć się z dystansem półmaratonu, to mniej więcej taki plan używałam kilka lat temu. Nie przejmowałam się żadnymi czasami. Najważniejsze było to, abym rozumiała, co i kiedy mam robić.

https://treningbiegacza.pl/artykul/polmaraton-jak-sie-do-niego-przygotowac,

https://www.runners-world.pl/trening/10-tygodniowy-trening-do-polmaratonu-dla-poczatkujacych,45779,4

[2] Kiedy ja zaczynałam, to takiej strony jeszcze nie było, ale tutaj znajdują się rady, w jaki sposób podejść do tematu planowania posiłków i robienia zakupów.

https://babywkuchni.com.pl/jak-planowac-posiki-na-caly-tydzien/

[3] Rady jednego z polskich poliglotów zawsze żywe!

https://madamepolyglot.pl/nauka-jezykow-wedlug-zygmunta-broniarka/


SABINA WIECZOREK

Pielęgniarka w pełnym wymiarze godzin totalnie zakochana w Alpach i języku francuskim. Niesamowicie ciekawa świata. Uwielbia przekraczać swoje strefy komfortu, dlatego zdobywa szczyty na całym świecie, jeździ rowerem, biega maratony i ultra, pokonuje najtrudniejszy górski szlak GR20 na Korsyce w 10 dni… A w tym wszystkim znajduje czas na motywowanie innych do aktywności ruchowej, remont domu i dbanie o swoje wewnętrzne ja.

Sabinę znajdziesz na stronach:

www.facebook.com/wieczorek.team

www.wieczorek-team.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *